Październik 2009


Dawno już, na początku istnienia tego blogu, reklamowałem debiutancką powieść Rafała W. Orkana. Winien Ci jestem zatem, drogi wierny Czytelniku, jej recenzję. 🙂

O książce Rafała usłyszałem zanim jeszcze została skończona, dzięki mej bytności na forach, na których i On bywa – Forum Fahrenheita i Zaginionej Bibliotece (na obu ma nick Dabliu). Muszę się przyznać, że nie wszystkie Jego teksty mi spasowały, ale „Głową w mur”… o nie, ocena będzie na końcu! Ponieważ zatem słyszałem o tej książce sporo przed jej ukończeniem i były to wieści mocno interesujące, to na jej wydanie czekałem z ciekawością nieźle podrażnionego szansą „spożycia” prawdopodobnie smacznego kąsku mola książkowego. I wreszcie, po kilku miesiącach od jej ukazania się, udało mi się dopaść dziełko Rafała.

„Głową w mur” jest zbiorem powiązanych ze sobą opowiadań; fabuła każdego z nich ma miejsce w jednym mieście – Vakkerby. Łączą je również bohaterowie, mniej lub bardziej powiązani ze sobą. Powieść podzielona została na dwie części. Pierwsza, „Ślepe zaułki”, prezentuje nam miasto Vakkerby. To wielkie miasto napędzane jest ludzką pracą, strachem i magią. Składa się ono z trzech fragmentów – pod ziemią mieszczą się dzielnice robotnicze i osiedla biedoty oraz tych, dla których nawet biedota, to wielcy posiadacze, a jedynym przysmakiem są szczury i zmutowane ryby. Na ziemi mieszkają Złotoręcy, bogacze, „szlachta” Vakkerby, a gdzieś w chmurach żyją Arystokraci, najbogatsi magnaci i włodarze miasta. Druga część, „Uciszyciel”, to opowieść o Byhtrze, wielkim pół człowieku pół jednorożcu, dwumetrowym mężczyźnie z rogiem wyrastającym z czoła, zawodowym uciszycielu, czyli zabójcy na zlecenie, obecnie na emeryturze. Kolejne opowieści kierują nas ku zakończeniu, w którym splotą się losy poznanych wcześniej bohaterów.

Vakkerby, to ogromne, zindustrializowane do granic możliwości, miasto, lecz nie tylko technika jest domeną tego terenu. Tym, co pozwala funkcjonować temu terytorium, jest magia. Wygląda bowiem na to, że wszystkie wynalazki, cała maszyneria, która istnieje w tym mieście, jest napędzana magią a poza wszelką władzą świecką są Technomagowie, konstruktorzy i naukowcy zajmujący się mariażem techniki z magią. Nie jest to jednak magia, do jakiej przyzwyczaiły nas różnorakie serie fantasy – ta magia jest… brudna. Tak, brudna! Brudna i mroczna, nieludzka! Mało tego – w wyniku działania magii rodzą się i mutanty, które niewiele mają wspólnego z ludźmi, często będące „efektem ubocznym” działania Technomagów. Cała ta mroczna materia miasta pokryta jest jeszcze płaszczem religii, różnego rodzaju proroków i antyproroków Mechanicznego Boga, który stworzył mieszkańców Vakkerby na swoje pokręcone podobieństwo.

„Głową w mur” to książka napisana żywym, wyjątkowo świeżym językiem. Jest jak krwisty befsztyk – przepyszna, choć krew wycieka spomiędzy kart. Pomimo mroczności opisanego świata czyta się to dość szybko. Uwaga – może powodować spory niedosyt! Mało tego – osoby niedoświadczone mogą stracić kontakt ze światem realnym!

Polecam tę książkę z czystym sumieniem, jako jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat w naszym kraju. Ponieważ jest to pierwsza z trzech części serii Paramythia Vakkerby już dziś czekam na kolejne.

Moja ocena: 6/6

Obiecałem komuś, że opiszę swoje odczucia związane z lekturą „Córki Krwawych”, debiutanckiej powieści amerykańskiej pisarki Anne Bishop. Powieść ta, której fabuła dzieje się w trzech równoległych światach – realnym, „Świecie cieni” i Piekle, wciągnęła mnie od pierwszych stron.

Światem „realnym”, podzielonym na Terytoria, rządzą Królowe a arystokracją są tam Krwawi – czarownice i czarownicy, czerpiący moc z Kamieni, tych przypisanych od urodzenia i tych nadanych w wyniku przejścia rytuału związanego z wejściem w dojrzałość. Im ciemniejszy kolor ma kamień mocy, tym większa jest w nim siła – począwszy od najsłabszych białych kamieni aż po czarnoszare i czarne. Nikt nie otrzymał z racji mocy posiadanej przy urodzeniu czarnego kamienia, taką moc można osiągnąć tylko przechodząc wspomniany rytuał. Jednak nie dotyczy to tytułowej bohaterki, córki Krwawych, zapowiadanej od setek lat Czarownicy mającej niespotykaną wcześniej moc. Jednak równocześnie ta wielka magiczka jest tylko małą, dziewięcioletnią dziewczynką, potrzebującą wsparcia i pomocnej ręki. Znajduje ją w osobach najmroczniejszych chyba z możliwych mentorów – Saetana SaDiablo, Władcy Piekła, i Daemona Sadi, zwanego Sadystą, jego syna, niezwykle groźnego i bezwzględnego człowieka.

Cała książka przesycona jest nie tylko zmysłowością i seksualnością, ale też perwersyjnym bólem i poniżeniem. Jeden z głównych bohaterów, Deamon Sadi, z przymusu wykonujący pracę niewolnika do przyjemności, jest zimnym i aż poza granice wyobrażenia seksownym draniem. Oto, jak jak został opisany:

Rzeczywiście, był piękny. Jego twarz była dziedzictwem tajemniczego pochodzenia, arystokratyczna i zbyt pięknie wyrzeźbiona, aby można ja było nazwać po prostu przystojną. Był wysoki i szeroki w ramionach. Jego umięśnione i wytrenowane ciało dawało przyjemność. Głos był niski i miły, z lekka chrapliwy, z uwodzicielskim tonem, który wzruszał kobiety. Jego złote oczy i gęste, czarne włosy były typowe dla wszystkich długowiecznych ras Terreille, ale złotobrązowa skóra była nieco jaśniejsza niż skóra haylliańskich arystokratów – przypominała raczej skórę przedstawicieli rasy Dhemlan. Jego ciało było bronią, a on zawsze dbał o swoją broń.
Daemon włożył czarny żakiet. Ubrania także stanowiły broń, od skąpej bielizny, po idealnie dopasowane garnitury. Nektar kuszący kobiety nieświadome tego, co im grozi. 

Mimo tego, że fabuła książki aż gęsta jest od erotyzmu, jednak nie jest banalną opowiastką erotyczną a dość przyzwoicie napisaną powieścią fantasy. Choć niektórzy z bohaterów pokazani są wyłącznie w dobrym lub złym świetle nie brak tu bohaterów niejednoznacznych, i to takich, którym chce się kibicować lub chciałoby się uciąć… no, powiedzmy, że głowę – i to powoli, by czuł każdy cal cięcia.

Nie jest to powieść wybitna, ale jak na debiut jest warta przeczytania. Jest jednak pewien minus i to nie w pracy autorki – zawiodła redakcja tłumaczenia. Znaleźć można w książce sporo błędów, w tym literówek i kanciastych zdań, może nie co krok, ale niemal w każdym rozdziale. Jednak z pewnością wezmę się za kolejne tomy Trylogii Czarnych Kamieni.

Moja ocena: 4+/6