Obiecałem komuś, że opiszę swoje odczucia związane z lekturą „Córki Krwawych”, debiutanckiej powieści amerykańskiej pisarki Anne Bishop. Powieść ta, której fabuła dzieje się w trzech równoległych światach – realnym, „Świecie cieni” i Piekle, wciągnęła mnie od pierwszych stron.

Światem „realnym”, podzielonym na Terytoria, rządzą Królowe a arystokracją są tam Krwawi – czarownice i czarownicy, czerpiący moc z Kamieni, tych przypisanych od urodzenia i tych nadanych w wyniku przejścia rytuału związanego z wejściem w dojrzałość. Im ciemniejszy kolor ma kamień mocy, tym większa jest w nim siła – począwszy od najsłabszych białych kamieni aż po czarnoszare i czarne. Nikt nie otrzymał z racji mocy posiadanej przy urodzeniu czarnego kamienia, taką moc można osiągnąć tylko przechodząc wspomniany rytuał. Jednak nie dotyczy to tytułowej bohaterki, córki Krwawych, zapowiadanej od setek lat Czarownicy mającej niespotykaną wcześniej moc. Jednak równocześnie ta wielka magiczka jest tylko małą, dziewięcioletnią dziewczynką, potrzebującą wsparcia i pomocnej ręki. Znajduje ją w osobach najmroczniejszych chyba z możliwych mentorów – Saetana SaDiablo, Władcy Piekła, i Daemona Sadi, zwanego Sadystą, jego syna, niezwykle groźnego i bezwzględnego człowieka.

Cała książka przesycona jest nie tylko zmysłowością i seksualnością, ale też perwersyjnym bólem i poniżeniem. Jeden z głównych bohaterów, Deamon Sadi, z przymusu wykonujący pracę niewolnika do przyjemności, jest zimnym i aż poza granice wyobrażenia seksownym draniem. Oto, jak jak został opisany:

Rzeczywiście, był piękny. Jego twarz była dziedzictwem tajemniczego pochodzenia, arystokratyczna i zbyt pięknie wyrzeźbiona, aby można ja było nazwać po prostu przystojną. Był wysoki i szeroki w ramionach. Jego umięśnione i wytrenowane ciało dawało przyjemność. Głos był niski i miły, z lekka chrapliwy, z uwodzicielskim tonem, który wzruszał kobiety. Jego złote oczy i gęste, czarne włosy były typowe dla wszystkich długowiecznych ras Terreille, ale złotobrązowa skóra była nieco jaśniejsza niż skóra haylliańskich arystokratów – przypominała raczej skórę przedstawicieli rasy Dhemlan. Jego ciało było bronią, a on zawsze dbał o swoją broń.
Daemon włożył czarny żakiet. Ubrania także stanowiły broń, od skąpej bielizny, po idealnie dopasowane garnitury. Nektar kuszący kobiety nieświadome tego, co im grozi. 

Mimo tego, że fabuła książki aż gęsta jest od erotyzmu, jednak nie jest banalną opowiastką erotyczną a dość przyzwoicie napisaną powieścią fantasy. Choć niektórzy z bohaterów pokazani są wyłącznie w dobrym lub złym świetle nie brak tu bohaterów niejednoznacznych, i to takich, którym chce się kibicować lub chciałoby się uciąć… no, powiedzmy, że głowę – i to powoli, by czuł każdy cal cięcia.

Nie jest to powieść wybitna, ale jak na debiut jest warta przeczytania. Jest jednak pewien minus i to nie w pracy autorki – zawiodła redakcja tłumaczenia. Znaleźć można w książce sporo błędów, w tym literówek i kanciastych zdań, może nie co krok, ale niemal w każdym rozdziale. Jednak z pewnością wezmę się za kolejne tomy Trylogii Czarnych Kamieni.

Moja ocena: 4+/6

Reklamy