Książkowe rewiry


Jedną z przeczytanych w ostatnim roku książek, które zapadły mi w pamięci jest debiutancka powieść Andrewa Davidsona, pt. „Gargulec”.

Narratorem „Gargulca” jest młody, cyniczny aktor, reżyser i producent filmów porno, który prowadząc pod wpływem narkotyków i alkoholu samochód ulega wypadkowi, w wyniku którego niemal 100% jego ciała ulega spaleniu. Przeżywa niemal wyłącznie cudem i trafia na oddział oparzeniowy, gdzie poddawany jest wyjątkowo mozolnej i bolesnej terapii, dość dokładnie i dosadnie opisanej przez narratora. Gdy, poniżony i umęczony kolejnymi zabiegami starannie planuje samobójstwo, odwiedza go piękna kobieta, Marianne, której ciało pokryte jest tatuażami, a która twierdzi, że urodziła się w XIV wieku i że była wtedy kochanką naszego poparzonego bohatera, który nota bene wtedy także uległ podobnym poparzeniom. Okazuje się, że jest ona byłą pacjentką oddziału psychiatrycznego, dlatego mężczyzna początkowo nie traktuje jej poważnie, stopniowo jednak coraz bardziej wciągają go jej opowieści, a jej niezwykła osobowość fascynuje go i intryguje. Jej opowieści przenoszą nas kolejno do średniowiecznej Japonii, do świata Wikingów i do renesansowej Florencji, ale nie jesteśmy ani trochę bliżej rozwiązania zagadki, czy Marianne faktycznie żyje już przeszło siedem wieków, czy też jej opowieści to objaw schizofrenii. Cała historia okraszona jest też odwołaniami do „Piekła” Dantego.

Urzekła mnie ta opowieść – pełna bólu i miłości, nadziei i cynizmu. I choć autor nie sięga może wyżyn kunsztu pisarskiego, to przeczytać „Gargulca” warto.

Moja ocena: 5/6

Reklamy

Niedawno skończyłem czytać „Patrole” Siergieja Łukjanienki. Książki zrobiły na mnie spore wrażenie, więc postanowiłem się nim z Wami podzielić. Zacznę od dygresji: trudno się recenzuje całą serię książek, kiedy każda z nich jest inna. A nawet Inna.

Inna, bo Inni (właśnie z dużej litery), to ludzie posiadający magiczną moc, oczywiście w różnym stopniu. Najsłabsi mają siódmy poziom i im wyższy jest ich poziom, tym niższej jego cyferka. Najmocniejsi magowie są poza poziomami – nie dlatego, że nie można określić rozmiaru ich mocy, ale dlatego, że jest on bardzo duży i u każdego z nich zbliżony, trudno zatem byłoby skwantyfikować go z wystarczającą dokładnością.

Ale o czym to ja… ach, już wiem: Inni. Bywają jaśni (ci dobrzy, zazwyczaj) i ciemni. Niektórzy z nich żyją zupełnie normalnie, jak ludzie niemagiczni, inni korzystają ze swojej mocy w sposób cywilizowany. Ale oczywiście kiedy jest władza (a magia daje władzę), to są i nadużycia. Tymi nadużyciami zajmują się Patrole: Nocny Patrol
to jaśni magowie, patrolujący ulice w nocy a Dzienny Patrol, to ciemni magowie, patrolujący ulice w dzień. Obydwa Patrole dbają o utrzymanie równowagi między jasną a ciemną magią, na mocy podpisanego stulecia temu Traktatu. I istnieje jeszcze Inkwizycja, bo przecież ktoś musi pilnować pilnujących…

Akcja cyklu mieści się, z wyjątkami, w Moskwie, i to właśnie pracownik moskiewskiego Nocnego Patrolu, Anton Gorodecki, jest głównym bohaterem recenzowanych książek. Początkowo jest magiem piątego stopnia, zatrudnionym w patrolu jako analityk. Nawet jednak analitycy muszą co jakiś czas wyjść na ulicę, na patrol – i to właśnie podczas takiej akcji go poznajemy. Śledząc chłopaka, który usłyszał Zew wampirów, spotyka w autobusie dziewczynę z ogromnym wirem nad głową, oznaczającym, że ktoś ją przeklął i to bardziej niż na poważnie. Coż, wtedy musiał zająć się chłopakiem, ale ta dziewczyna… ta dziewczyna była mu po prostu pisana, ot co.

Cały cykl składa się z czterech książek. Najsłabsza moim zdaniem jest część druga, „Dzienny Patrol”, może dlatego, że współtworzona przez duet Łukjanienka-Wasiljew a pan Wasiljew nie wykazał się zbyt wielkim kunsztem nie tylko wtedy, ale i w swoistej kontynuacji książek o Patrolach – „Obliczu Czarnej Palmiry”. Mimo to jak najbardziej polecam cały cykl, zwłaszcza fanom tak zwanej „urban fantasy”, powieści miejskiej. Świetnie, zwłaszcza w pierwszym tomie, pokazana jest Moskwa. Książki czyta się łatwo, wciągają, jeśli ktoś nie ma bardzo wysokich wymagań, fabuła dość często zaskakuje, zdarzają się wątki miłosne i kryminalne a to wszystko okraszone magią. Polecam!

Moja ocena: 4/6

Dawno już, na początku istnienia tego blogu, reklamowałem debiutancką powieść Rafała W. Orkana. Winien Ci jestem zatem, drogi wierny Czytelniku, jej recenzję. 🙂

O książce Rafała usłyszałem zanim jeszcze została skończona, dzięki mej bytności na forach, na których i On bywa – Forum Fahrenheita i Zaginionej Bibliotece (na obu ma nick Dabliu). Muszę się przyznać, że nie wszystkie Jego teksty mi spasowały, ale „Głową w mur”… o nie, ocena będzie na końcu! Ponieważ zatem słyszałem o tej książce sporo przed jej ukończeniem i były to wieści mocno interesujące, to na jej wydanie czekałem z ciekawością nieźle podrażnionego szansą „spożycia” prawdopodobnie smacznego kąsku mola książkowego. I wreszcie, po kilku miesiącach od jej ukazania się, udało mi się dopaść dziełko Rafała.

„Głową w mur” jest zbiorem powiązanych ze sobą opowiadań; fabuła każdego z nich ma miejsce w jednym mieście – Vakkerby. Łączą je również bohaterowie, mniej lub bardziej powiązani ze sobą. Powieść podzielona została na dwie części. Pierwsza, „Ślepe zaułki”, prezentuje nam miasto Vakkerby. To wielkie miasto napędzane jest ludzką pracą, strachem i magią. Składa się ono z trzech fragmentów – pod ziemią mieszczą się dzielnice robotnicze i osiedla biedoty oraz tych, dla których nawet biedota, to wielcy posiadacze, a jedynym przysmakiem są szczury i zmutowane ryby. Na ziemi mieszkają Złotoręcy, bogacze, „szlachta” Vakkerby, a gdzieś w chmurach żyją Arystokraci, najbogatsi magnaci i włodarze miasta. Druga część, „Uciszyciel”, to opowieść o Byhtrze, wielkim pół człowieku pół jednorożcu, dwumetrowym mężczyźnie z rogiem wyrastającym z czoła, zawodowym uciszycielu, czyli zabójcy na zlecenie, obecnie na emeryturze. Kolejne opowieści kierują nas ku zakończeniu, w którym splotą się losy poznanych wcześniej bohaterów.

Vakkerby, to ogromne, zindustrializowane do granic możliwości, miasto, lecz nie tylko technika jest domeną tego terenu. Tym, co pozwala funkcjonować temu terytorium, jest magia. Wygląda bowiem na to, że wszystkie wynalazki, cała maszyneria, która istnieje w tym mieście, jest napędzana magią a poza wszelką władzą świecką są Technomagowie, konstruktorzy i naukowcy zajmujący się mariażem techniki z magią. Nie jest to jednak magia, do jakiej przyzwyczaiły nas różnorakie serie fantasy – ta magia jest… brudna. Tak, brudna! Brudna i mroczna, nieludzka! Mało tego – w wyniku działania magii rodzą się i mutanty, które niewiele mają wspólnego z ludźmi, często będące „efektem ubocznym” działania Technomagów. Cała ta mroczna materia miasta pokryta jest jeszcze płaszczem religii, różnego rodzaju proroków i antyproroków Mechanicznego Boga, który stworzył mieszkańców Vakkerby na swoje pokręcone podobieństwo.

„Głową w mur” to książka napisana żywym, wyjątkowo świeżym językiem. Jest jak krwisty befsztyk – przepyszna, choć krew wycieka spomiędzy kart. Pomimo mroczności opisanego świata czyta się to dość szybko. Uwaga – może powodować spory niedosyt! Mało tego – osoby niedoświadczone mogą stracić kontakt ze światem realnym!

Polecam tę książkę z czystym sumieniem, jako jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat w naszym kraju. Ponieważ jest to pierwsza z trzech części serii Paramythia Vakkerby już dziś czekam na kolejne.

Moja ocena: 6/6

Obiecałem komuś, że opiszę swoje odczucia związane z lekturą „Córki Krwawych”, debiutanckiej powieści amerykańskiej pisarki Anne Bishop. Powieść ta, której fabuła dzieje się w trzech równoległych światach – realnym, „Świecie cieni” i Piekle, wciągnęła mnie od pierwszych stron.

Światem „realnym”, podzielonym na Terytoria, rządzą Królowe a arystokracją są tam Krwawi – czarownice i czarownicy, czerpiący moc z Kamieni, tych przypisanych od urodzenia i tych nadanych w wyniku przejścia rytuału związanego z wejściem w dojrzałość. Im ciemniejszy kolor ma kamień mocy, tym większa jest w nim siła – począwszy od najsłabszych białych kamieni aż po czarnoszare i czarne. Nikt nie otrzymał z racji mocy posiadanej przy urodzeniu czarnego kamienia, taką moc można osiągnąć tylko przechodząc wspomniany rytuał. Jednak nie dotyczy to tytułowej bohaterki, córki Krwawych, zapowiadanej od setek lat Czarownicy mającej niespotykaną wcześniej moc. Jednak równocześnie ta wielka magiczka jest tylko małą, dziewięcioletnią dziewczynką, potrzebującą wsparcia i pomocnej ręki. Znajduje ją w osobach najmroczniejszych chyba z możliwych mentorów – Saetana SaDiablo, Władcy Piekła, i Daemona Sadi, zwanego Sadystą, jego syna, niezwykle groźnego i bezwzględnego człowieka.

Cała książka przesycona jest nie tylko zmysłowością i seksualnością, ale też perwersyjnym bólem i poniżeniem. Jeden z głównych bohaterów, Deamon Sadi, z przymusu wykonujący pracę niewolnika do przyjemności, jest zimnym i aż poza granice wyobrażenia seksownym draniem. Oto, jak jak został opisany:

Rzeczywiście, był piękny. Jego twarz była dziedzictwem tajemniczego pochodzenia, arystokratyczna i zbyt pięknie wyrzeźbiona, aby można ja było nazwać po prostu przystojną. Był wysoki i szeroki w ramionach. Jego umięśnione i wytrenowane ciało dawało przyjemność. Głos był niski i miły, z lekka chrapliwy, z uwodzicielskim tonem, który wzruszał kobiety. Jego złote oczy i gęste, czarne włosy były typowe dla wszystkich długowiecznych ras Terreille, ale złotobrązowa skóra była nieco jaśniejsza niż skóra haylliańskich arystokratów – przypominała raczej skórę przedstawicieli rasy Dhemlan. Jego ciało było bronią, a on zawsze dbał o swoją broń.
Daemon włożył czarny żakiet. Ubrania także stanowiły broń, od skąpej bielizny, po idealnie dopasowane garnitury. Nektar kuszący kobiety nieświadome tego, co im grozi. 

Mimo tego, że fabuła książki aż gęsta jest od erotyzmu, jednak nie jest banalną opowiastką erotyczną a dość przyzwoicie napisaną powieścią fantasy. Choć niektórzy z bohaterów pokazani są wyłącznie w dobrym lub złym świetle nie brak tu bohaterów niejednoznacznych, i to takich, którym chce się kibicować lub chciałoby się uciąć… no, powiedzmy, że głowę – i to powoli, by czuł każdy cal cięcia.

Nie jest to powieść wybitna, ale jak na debiut jest warta przeczytania. Jest jednak pewien minus i to nie w pracy autorki – zawiodła redakcja tłumaczenia. Znaleźć można w książce sporo błędów, w tym literówek i kanciastych zdań, może nie co krok, ale niemal w każdym rozdziale. Jednak z pewnością wezmę się za kolejne tomy Trylogii Czarnych Kamieni.

Moja ocena: 4+/6

Zadebiutowałem na łamach prasy. 😀

 

Moja recenzja „Troi” Davida Gemmella, która znajduje się również wśród tekstów w Nieznanym Świecie ukazała się na łamach Czasu Imperium, aperiodyku wydawanego w wersji elektronicznej przez twórców Jaskini Behemota, wortalu o grze Heroes of Might&Magic.

Wersja tekstowa Czasu Imperium: http://czasimperium.heroes.net.pl/edytor/index.php?preview=1252093169

Pełna wersja PDF: http://pliki.heroes.net.pl/ci/ci35.pdf

Zapraszam do czytania całego pisma. 🙂

 

Nieznany

Ewa Białołęcka -

Czy miewacie problemy z oderwaniem się na dłużej niż dzień-dwa od Internetu? Ja nie, zwłaszcza jeśli „pod ręką” mam jakiegoś towarzysza lub – jeszcze lepiej – towarzyszkę. Natomiast Reszka Wiśniewska, bohaterka najnowszej książki Ewy Białołęckiej, ma z tym problem. To prawdziwa netoholiczka! Dodatkowo łączy przyjemne z pożytecznym, bo pracuje jako redaktorka w jednym z wydawnictw, więc ciągle siedzi przy komputerze i musi być (tak to sobie tłumaczy…) „z Google za pan brat”. Poza wysłużonym laptopem posiada jeszcze Reszka puste konto i portfel oraz rodzinę: dziedzica (o dźwięcznym imieniu Jeremiasz) i rodzicieli.

W takie uporządkowane życie (uporządkowane? to paskudne przekłamanie jest! jak można mieć uporządkowane dzieląc z rodziciami i dorastającym synem małe mieszkanko? never!) wkracza w buciorach ale za to bez pulsu nieznana nikomu ciotka Katarzyna. Czemu bez pulsu? Ano pozwoliła sobie starowinka zemrzeć. A na dodatek zapisać w spadku swej siostrzenico-kuzynko-wnuczce, czyli Reszce, swój domek, gdzieś na końcu świata, we wsi Czcinka, gdzie diabeł osobiście życzy dobrej nocy.

Hmm… z tym diabłem, to wcale nie jest taka znowu wielka metafora! Okazuje się bowiem, że wspomniana ciotka wykonywała zawód „nieufoności publicznej”. Co tu dużo pisać – to wiedźma była.

I tak oto ląduje nasza biedna (dosłownie) bohaterka w tej „wsi spokojnej, wsi wesołej” i przywozi ze sobą dylemat: domku się pozbyć i pal go diabli (po tym, jak powiedzą „dobranoc”) czy raczej zainwestować nieposiadane pieniądze i spróbować się w nim umościć? A do tego w sypialni znajdują się drzwi do tajemniczego bunkra! Mało tego, o zgrozo! Tam nie ma dostępu do netu! I jeszcze te duchy… Nic, tylko się pochlastać!!

Co też właśnie pierwszej nocy nasza bohaterka czyni. Niby z pomocą pewnego niefortunnego włamywacza… ale fakt pozostaje faktem.

Zapytasz zapewne, Czytelniku, czy i Ty będziesz się chciał chlastać z nudy podczas czytania tej książki? Nie, nie i jeszcze raz nie!! Być może początek jest nieco niemrawy, bo w końcu nawet InterCity musi wpierw „jak żółw ociężale…”, ale jak już wskoczymy do tego ekspresu, to mocno się musimy trzymać za siedzenie (można spróbować przytrzymywać się za siedzenie jakiejś koleżanki, czemu nie? wspólne czytanie bywa pouczające!), bo akcja ciągle przyspiesza a z godziny na godzinę (a te w czasie lektury „lecą, bo chcą” jak diabli! i nawet „dobranoc” nie pomaga) jest nie tylko szybciej ale i niebezpieczniej. Az by się chciało krzyknąc „leć, Reszka, leć!”. A przyznaję z radością, że warsztat Ewy Białołęckiej wytrzymał to tempo, Autorka już nie raz i nie dwa pokazała klasę, teraz nie jest może wybitnie, ale bywa przyjemnie.

Ziuuum… dolecieliśmy do końca. Książkę polecam, bywa mocno zabawna a czasami nawet mocno smutna. Ot, taki paradoksik.

Moja ocena: 5/6.

Nieco ponad tydzień temu (10.02.2009) na rynku wydawniczym pojawiła się nowa powieść popularnego autora książek pełnych absurdalnego humoru, Christophera Moore’a, „Fool”. Tym razem autor rezygnuje z bezpośrednich związków ze światem fantasy, choć – jak mogą się przekonać czytelnicy – nigdy nie odchodzi daleko. W swojej najnowszej książce Chris dociera na nowy terra incognita – dramat szekspirowski!

Moore pisuje o różnego rodzaju naciągaczach i chodzących wcieleniach postępowania ironicznego od wielu lat, ale od dawna pragnął stworzyć książkę o osobie, która może mówić prawdę prosto w oczy władzy, bo uchodzi za głupka i nikt jej nie traktuje poważnie. Zatem bohaterem powieści Moore’a został niejaki Pocket – trefniś szekspirowskiego Króla Leara; autor opowiada znaną dzięki Szekspirowi historię oczami królewskiego błazna. Choć większość akcji książki pokrywa się z dziełem Wiliama Shakespeare, Christopher Moore nie obawia się wprowadzić dodatkowej akcji pobocznej obejmującej wielu z głównych bohaterów i kilkunastu nowych person. Nie bał się też odmienić losu niektórych z osób szekspirowskiego dramatu.

„Umyśliłem sobie stworzyć trzynastowieczny świat, gdzie technologia byłaby bardziej lub mniej identyczna z ówczesną. Jednak wyobrażona przez mnie Brytania nadal pozostawała pod wpływem współzawodnictwa wielu jakże odmiennych religii – katolicyzmu, wiary w moc druidów i klasycznego panteonu bogów. Nie było to jakoś straszliwie trudne. Jeśli chodzi o elementy nadprzyrodzone, to występuje tam duch i kilka wiedźm – inspirowane pracami Szekspira” – powiedział o pomyśle na książkę sam autor.

Dla potrzeb nowego dzieła Moore musiał się zapoznać nie tylko z szekspirowskim „kanonem”, ale również choćby z ówczesnym językiem – i tak go przetransponować, żeby był zrozumiały (i jak najbardziej śmieszny) dla współczesnego czytelnika. Musiał się tez, przynajmniej po części, zapoznać z brytyjską historią.

Wygląda na to, że Moore znów zaskakuje… będę czekał na polskie wydanie! „Błazen”, bo tak ma się nazywać u nas ta książka, ujrzy prawdopodobnie światło dzienne na przełomie marca i kwietnia, dzięki wydawnictwu MAG. Autorem tłumaczenia jest Jacek Drewnowski.

A tak oto ostrzega się przyszłych czytelników przed zajrzeniem do owej książki.

Opowieść to sprośna a rubaszna, ohydne gwałty, morderstwa, okaleczenia, zdradę i klepanie po tyłku ukazująca. Wulgarności i bluźnierstw w księdze tej zawartych świat jeszcze nie widział, jako też podobnego nagromadzenia dziwnej gramatyki, bezokoliczników i okazjonalnej masturbacji. Drogi Czytelniku, gdyby Cię to turbowało, księgę tę z dala omijać radzimy, chociaż chcemy Cię jeno zabawić, afrontu nie czyniąc. Jeśli przeto zabawę w podobnych księgach odnajdujesz, trafiłeś na historię zaiste doskonałą.

A oto polska okładka.

Zainteresowani mogą zapoznać się z pierwszym rozdziałem polecanej książki, dostępnym na stronie Autora: Rozdział I.

Polecam!

 

Nieznany

 

Tekst powstał na podstawie informacji ze stron: http://www.tor.com, http://www.chrismoore.com i katedra.nast.pl.

Następna strona »