Ewa Białołęcka -

Czy miewacie problemy z oderwaniem się na dłużej niż dzień-dwa od Internetu? Ja nie, zwłaszcza jeśli „pod ręką” mam jakiegoś towarzysza lub – jeszcze lepiej – towarzyszkę. Natomiast Reszka Wiśniewska, bohaterka najnowszej książki Ewy Białołęckiej, ma z tym problem. To prawdziwa netoholiczka! Dodatkowo łączy przyjemne z pożytecznym, bo pracuje jako redaktorka w jednym z wydawnictw, więc ciągle siedzi przy komputerze i musi być (tak to sobie tłumaczy…) „z Google za pan brat”. Poza wysłużonym laptopem posiada jeszcze Reszka puste konto i portfel oraz rodzinę: dziedzica (o dźwięcznym imieniu Jeremiasz) i rodzicieli.

W takie uporządkowane życie (uporządkowane? to paskudne przekłamanie jest! jak można mieć uporządkowane dzieląc z rodziciami i dorastającym synem małe mieszkanko? never!) wkracza w buciorach ale za to bez pulsu nieznana nikomu ciotka Katarzyna. Czemu bez pulsu? Ano pozwoliła sobie starowinka zemrzeć. A na dodatek zapisać w spadku swej siostrzenico-kuzynko-wnuczce, czyli Reszce, swój domek, gdzieś na końcu świata, we wsi Czcinka, gdzie diabeł osobiście życzy dobrej nocy.

Hmm… z tym diabłem, to wcale nie jest taka znowu wielka metafora! Okazuje się bowiem, że wspomniana ciotka wykonywała zawód „nieufoności publicznej”. Co tu dużo pisać – to wiedźma była.

I tak oto ląduje nasza biedna (dosłownie) bohaterka w tej „wsi spokojnej, wsi wesołej” i przywozi ze sobą dylemat: domku się pozbyć i pal go diabli (po tym, jak powiedzą „dobranoc”) czy raczej zainwestować nieposiadane pieniądze i spróbować się w nim umościć? A do tego w sypialni znajdują się drzwi do tajemniczego bunkra! Mało tego, o zgrozo! Tam nie ma dostępu do netu! I jeszcze te duchy… Nic, tylko się pochlastać!!

Co też właśnie pierwszej nocy nasza bohaterka czyni. Niby z pomocą pewnego niefortunnego włamywacza… ale fakt pozostaje faktem.

Zapytasz zapewne, Czytelniku, czy i Ty będziesz się chciał chlastać z nudy podczas czytania tej książki? Nie, nie i jeszcze raz nie!! Być może początek jest nieco niemrawy, bo w końcu nawet InterCity musi wpierw „jak żółw ociężale…”, ale jak już wskoczymy do tego ekspresu, to mocno się musimy trzymać za siedzenie (można spróbować przytrzymywać się za siedzenie jakiejś koleżanki, czemu nie? wspólne czytanie bywa pouczające!), bo akcja ciągle przyspiesza a z godziny na godzinę (a te w czasie lektury „lecą, bo chcą” jak diabli! i nawet „dobranoc” nie pomaga) jest nie tylko szybciej ale i niebezpieczniej. Az by się chciało krzyknąc „leć, Reszka, leć!”. A przyznaję z radością, że warsztat Ewy Białołęckiej wytrzymał to tempo, Autorka już nie raz i nie dwa pokazała klasę, teraz nie jest może wybitnie, ale bywa przyjemnie.

Ziuuum… dolecieliśmy do końca. Książkę polecam, bywa mocno zabawna a czasami nawet mocno smutna. Ot, taki paradoksik.

Moja ocena: 5/6.

Reklamy

Nieco ponad tydzień temu (10.02.2009) na rynku wydawniczym pojawiła się nowa powieść popularnego autora książek pełnych absurdalnego humoru, Christophera Moore’a, „Fool”. Tym razem autor rezygnuje z bezpośrednich związków ze światem fantasy, choć – jak mogą się przekonać czytelnicy – nigdy nie odchodzi daleko. W swojej najnowszej książce Chris dociera na nowy terra incognita – dramat szekspirowski!

Moore pisuje o różnego rodzaju naciągaczach i chodzących wcieleniach postępowania ironicznego od wielu lat, ale od dawna pragnął stworzyć książkę o osobie, która może mówić prawdę prosto w oczy władzy, bo uchodzi za głupka i nikt jej nie traktuje poważnie. Zatem bohaterem powieści Moore’a został niejaki Pocket – trefniś szekspirowskiego Króla Leara; autor opowiada znaną dzięki Szekspirowi historię oczami królewskiego błazna. Choć większość akcji książki pokrywa się z dziełem Wiliama Shakespeare, Christopher Moore nie obawia się wprowadzić dodatkowej akcji pobocznej obejmującej wielu z głównych bohaterów i kilkunastu nowych person. Nie bał się też odmienić losu niektórych z osób szekspirowskiego dramatu.

„Umyśliłem sobie stworzyć trzynastowieczny świat, gdzie technologia byłaby bardziej lub mniej identyczna z ówczesną. Jednak wyobrażona przez mnie Brytania nadal pozostawała pod wpływem współzawodnictwa wielu jakże odmiennych religii – katolicyzmu, wiary w moc druidów i klasycznego panteonu bogów. Nie było to jakoś straszliwie trudne. Jeśli chodzi o elementy nadprzyrodzone, to występuje tam duch i kilka wiedźm – inspirowane pracami Szekspira” – powiedział o pomyśle na książkę sam autor.

Dla potrzeb nowego dzieła Moore musiał się zapoznać nie tylko z szekspirowskim „kanonem”, ale również choćby z ówczesnym językiem – i tak go przetransponować, żeby był zrozumiały (i jak najbardziej śmieszny) dla współczesnego czytelnika. Musiał się tez, przynajmniej po części, zapoznać z brytyjską historią.

Wygląda na to, że Moore znów zaskakuje… będę czekał na polskie wydanie! „Błazen”, bo tak ma się nazywać u nas ta książka, ujrzy prawdopodobnie światło dzienne na przełomie marca i kwietnia, dzięki wydawnictwu MAG. Autorem tłumaczenia jest Jacek Drewnowski.

A tak oto ostrzega się przyszłych czytelników przed zajrzeniem do owej książki.

Opowieść to sprośna a rubaszna, ohydne gwałty, morderstwa, okaleczenia, zdradę i klepanie po tyłku ukazująca. Wulgarności i bluźnierstw w księdze tej zawartych świat jeszcze nie widział, jako też podobnego nagromadzenia dziwnej gramatyki, bezokoliczników i okazjonalnej masturbacji. Drogi Czytelniku, gdyby Cię to turbowało, księgę tę z dala omijać radzimy, chociaż chcemy Cię jeno zabawić, afrontu nie czyniąc. Jeśli przeto zabawę w podobnych księgach odnajdujesz, trafiłeś na historię zaiste doskonałą.

A oto polska okładka.

Zainteresowani mogą zapoznać się z pierwszym rozdziałem polecanej książki, dostępnym na stronie Autora: Rozdział I.

Polecam!

 

Nieznany

 

Tekst powstał na podstawie informacji ze stron: http://www.tor.com, http://www.chrismoore.com i katedra.nast.pl.

Friedman Celia S. - Trylogia Zimnego Ognia

Friedman Celia S. - Trylogia Zimnego Ognia

Kilka dni temu skończyłem ostatni tom Trylogii Zimnego Ognia amerykańskiej pisarki Celii S. Friedman. I nadal pozostaję pod kolosalnym wrażeniem.

O czym jest ten cykl? Możnaby napisać, że zaczyna się od wysokiego „C” a potem jest jeszcze wyżej i wyżej…

Kosmonauci z Ziemii, podróżujący w celu odnalezienia planety, gdzie mogliby się osiedlić, trafiają na Ernę. Planeta ta jest jakby stworzona dla nich. Ma tylko jedną ogromną tajemnicę – natura wytworzyła na niej prądy energii wpływającej na wszystko, co się tam znajduje. Energia ta, zwana fae, potrafi się materializować w postaci różnorakich wytworów. Skąd się one biorą? Z ludzkiego strachu, lęków, marzeń… Ta energia, to naturalna moc magiczna planety. Przybysze z kosmosu muszą się zmierzyć z nią lub jej poddać, dokonując swoistej wymiany barterowej – „coś za coś”. Tak właśnie robią: by Erna stała się ich domem poświęcają całą swoją technologię, zgromadzoną w statku kosmicznym. Oto ich Ofiara – dzięki niej mogą pozostać przy życiu na tej „nieludzkiej” ziemi.

Mija kilkaset lat. Ludzie lepiej lub gorzej radzą sobie z życiem na Ernie. Niektórzy z nich rodzą się z darem, którym jest umiejętność wpływania na fae – to adepci magii i czarownicy. Ludzie pozostający dłużej w jednym miejscu nie moga się również obyć bez wierzeń – rej wodzi nauka, że Ernę stworzył Bóg Ziemii i to jemu jedynemu trzeba oddawać cześć. Jeden z przywódców, neohrabia Merenthy, postanawia dokonać kolejnej ofiary, by móc pozostać niemal nieśmiertelnym i zgłębiać tajniki tej planety jak najdłużej – by do końca dostosować ją do potrzeb człowieka. A straszna to ofiara…

Oto mamy dziś rok 1246 po Ofierze, mija dziewięć wieków od czasów, w których żył neohrabia Merenthy. Do miasta Jaggonath przybywa, opuściwszy swą ojczyznę, kapłan Jedynego Boga i zręczny wojownik, Damien Vryce. Ma on służyć zwierzchnikowi tutejszego Kościoła w sprawach magii. Posiada on umiejętność posługiwania się nią, nie jest jednak adeptem, czyli urodzonym talentem magicznym. Nie pozostanie jednak długo w tym mieście. Wkrótce wyruszy z misją odnalezienia i zabicia demonów, które prześladowały jego, poznaną niedługo wcześniej, przyjaciółkę i ukochaną, Ciani z Faraday, adeptkę i Mistrzynię Wiedzy. Ta podróż będzie zaledwie początkiem wielkiej przygody, która odmieni nie tylko życie Damiena, ale i losy całej Erny. Po drodze spotka między innymi tajemniczego czarownika Geralda Tarranta, demona Iezu zwanego Karrilem i rdzenną mieszkankę Erny, rakha, zwaną Hesseth.

W skład omawianego cyklu wchodzą trzy książki: „Świt czarnego słońca”, „Nadejście nocy” i „Korona cieni”. Można by rzec, że każdy tom zbudowany jest według jednego schematu: grupa śmiałków podejmuje podróż, by osiągnąć założony cel. Jednak Trylogia Zimnego Ognia nie jest zwykłą przygodówką fantasy. To cudowna opowieść, której odmienność zaczyna się już na poziomie koncepcji: inny świat, nowatorski pomysł na źródło magii. Cykl czyta się wspaniale również dzięki świetnej budowie bohaterów – niemal żaden z nich nie jest „biały” lub „czarny”, krystalicznie czysty i dobry lub nieskończenie zły, każdy mieści się w odcieniu szarości, który to odcień zmienia się również w miarę płynięcia akcji trylogii. A mimo to potrafimy się zaprzyjaźnić z niektórymi z bohaterów, pomiędzy czytelnikiem a dramatis personae rodzą się interakcje, również odmieniane przez przypadki w toku zmian fabuły – chwilami jedni bohaterowie są nam bliscy, by w innym momencie ich nie cierpieć… A bohaterów swoich nie traktuje Autorka ugodowo, każe im stawać przed coraz to nowymi wyzwaniami, co więcej nie zatrzymuje się, gdy któryś z ważniejszych bohaterów musi zginąć lub odejść w cień. Pani Friedman tak niejednokrotnie zagrywa bohaterami, że czytelnikowi zdaje się to być bezsensownym posunięciem a ostatecznie wychodzi, że wszystko było trafne i logiczne, dzięki czemu mała jest szansa na znudzenie się fabułą.

Co tu więcej pisać – Trylogia Zimnego Ognia to cykl wyśmienity! Trzyma w szachu niemal od pierwszej strony nie tylko przygodami bohaterów, ale również na przykład rozważaniami na temat zachowania człowieczeństwa w warunkach, gdy zło popłaca, problemu mniejszego zła i jego kosztu… a że jednym z głównych bohaterów jest kapłan, to nie brak też pytań o siłę wiary i zasadność jej zachowania. Podsumowując: wspomniane książki Celii S. Friedman, to genialna seria, godna polecenia każdemu czytelnikowi.

Moja ocena: 6/6

Ekaterina Sedia

 

Czy oglądaliście kiedyś świat odbity w kałuży? A może zauważyliście kątem oka rzeczy, których tam nie było? To wszystko składa się na inny, tajemny świat. Jest niby ten sam, ale nie taki sam. To tam, w świecie „tuż obok” naszego, żyją duchy przeszłości, skazane na zapomnienie. I do tego właśnie świata, muszą wyruszyć bohaterowie książki Ekateriny Sedii, trójka mieszkańców Moskwy. Bo ludzie znienacka zaczynają zamieniać się w ptaki i nie wiadomo kto – lub co – bawi się pradawną magią.

W owe tajemne zakamarki, gdzieś „pod” lub „obok” stolica Rosji wyrusza trójka bohaterów: kobieta, której siostra zamieniła się w kawkę, milicjant poszukujący zaginionych osób i rysownik, który ich wprowadza do tego świata. Sam jeden bał się nawet próbować tam dostać. Świat „tuż obok”, do którego wchodzi się przez drzwi w kałuży, przez odbicie świata w szybie… ten świat, to dom tych, którzy byli nieprzystosowani do życia w takich warunkach, jakie ich spotkały i spotkała ich wielka krzywda. Jak żona żołnierza wysłanego na Syberię, która zamiast z nim pojechać postanowiła pozostać w Moskwie. Lub rodzina Żydów, która znalazła się w samym środku wielkiego bólu prześladowań. Ale to przede wszystkim półbożki i jestestwa, które w miarę rozwoju cywilizacji były wypierane z pamięci Rosjan – wodniki i nimfy, duchy opiekuńcze domów a nawet Dziadek Mróz. Postacie z dawnych rosyjskich podań, dziś zanikające, niepotrzebne w świecie zdominowanym przez przemysł.

Z pomocą spotkanych w owym tajemnym świecie ludzi i stworów bohaterowie starają się dojść, kto pozamieniał ludzi w ptaki i dlaczego nastąpiło nagłe zbliżenie tego ukrytego świata do realnej Moskwy. Wraz z bohaterami poznajemy wiele stworów z dawnych legend, rosyjskiego folkloru, jak choćby strasznego czarodzieja Kościeja Nieśmiertelnego czy krowę Zemunę, która urodziła Drogę Mleczną. Jednak poznamy jeszcze jednego bohatera tej książki – jest nim sama Moskwa. Cudowne i straszne miasto, pełne wspaniałych miejsc i ciemnych zakamarków; wraz z bohaterami Sedii odwiedzimy jedne i drugie.

„Tajemna historia Moskwy”, to wspaniała baśń w konwencji miejskiej fantasy, pełna melancholii i smutku. Jest ona swoistą pieśnią o przemijaniu, cudownie nastrojową i z całą pewnością wywierającą niezapomniane wrażenia. Polecam każdemu, naprawdę warto.

Moja ocena: 6/6

Trudi Canavan - Trylogia Czarnego Maga

Trudi Canavan - Trylogia Czarnego Maga

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak by to było, gdybyście mosiadali magiczną moc? Sonea, bohaterka cyklu powieści australijskiej pisarki Trudi Canavan, nie myślała o tym, ale mimo to okazało się, że ma w sobie moc. A wyszło to na jaw w dość zaskakujących okolicznościach, mianowicie podczas corocznego czyszczenia ulic Imardinu z włóczęgów i żebraków. Jak wielu z jej przyjaciół postanowiła wyrazić swoją wściekłość na magów organizujących ten exodus rzucając w nich kamieniem. Oczywiście magowie, jak to oni, nic sobie z tych kamieni nie robili a tylko pozakładali blokady wokół siebie, więc żaden kamień nie miał prawa ich trafić. Cóż, tym razez stało się inaczej – Sonea włożyła w rzut całą swoją wściekłość i przebiła magiczną blokadę! I tak się zaczęło… Ona uciekła i postanowiła się ukrywać a magowie, wiedząc, że niekontrolowana magiczna moc jest bardzo niebezpieczna, postanowili ją odszukać. Ostatecznie Sonea trafiła na magiczny uniwersytet i została nowicjuszką, przełamując tradycję przyjmowania uczniów wyłącznie pochodzących ze szlacheckich Domów. Jak łatwo się domyśleć nie każdemu się to spodobało… Brzmi nieco znajomo? Faktycznie pani Canavan poszła nieco na łatwiznę zmieniając Harrego Pottera na dziewczynę, ale podobnych paraleli znaleźć można jeszcze sporo.

Książka obejmuje trzy tomy: „Gildia Magów”. „Nowicjuszka”, „Wielki Mistrz”. Przyznaję, że czyta się ją dość przyjemnie, choć wyłącznie w kategorii lekkiego czytadła, ale nawet jako czytadła powieść pani Canavan nie powala. Główna bohaterka zbudowana jest dobrze, przekonuje, np. mimo zmiany otoczenia z „bylców”, czyli mieszkańców slumsów na magów Sonea nie dokonała natychmiastowej zmiany w swojej mowie, zwłaszcza na początku swojej nauki w Gildii potrafi nieźle rzucić mięchem. Dobrą pracę wykonała również tłumaczka, sprawnie przekładając język dzielnicy biedy zaserwowany przez autorkę na nasz z zachowaniem jego charakteru. Generalnie książka do złych nie należy, jest całkiem sprawnie napisana. Nieraz bawi, czasami wzrusza, zdecydowanie nie aspiruje do lektury na poważnie. Mimo kilku krytycznych uwag – polecam. Zwłaszcza ostatni tom jest całkiem dobry a samo zakończenie, mimo pewnej schematyczności, zaskakuje.

Moja ocena: 4+/6

Siergiej Łukjanienko

Sięgnąłem po książkę Łukjanienki z dwóch powodów. Po pierwsze zainteresowała mnie wzmianka nt. fabuły a po wtóre chciałem wreszcie poznać prozę słynnego autora ze Wschodu.

Pewnego dnia życie Kiryła Maksymowa wywraca się do góry nogami. Po powrocie do własnego mieszkania zastaje je otwarte a zamiast złodzieja znajduje wewnątrz dziewczynę utrzymującą, że mieszka tam od kilku miesięcy. A nawet jego własny pies go nie rozpoznaje! Mało tego, z czasem przestaja go poznawać znajomi, w pracy zapomnieli, że pracuje u nich jakiś Maksymow, nawet rodzice zapomnieli o istnieniu syna! A do tego wszystkie jego dokumenty zamieniają się w proch, przestają istnieć… Kirył jest załamany, nie ma pojęcia, co się stało. Dopiero po telefonie od tajemniczego mężczyzny prawda wychodzi na jaw…

„Brudnopis”, to nie tylko zabawna opowieść z wyraźnym wątkiem sensacyjnym. To również obraz współczesnej Moskwy, gdzie po zdrapaniu wierzchniej warstwy znaleźć można pozostałości starego systemu, kiedy to Związek Radziecki był na wierchuszce świata. I sporo alkoholu. O, bez alkoholu fabuła toczyć by się chyba nie mogła. Bo cóż może być lepszego na problemy od upicia się.

Humor autora nie jest toporny, potrafi się bawić razem z Czytelnikiem. Jak w scenie, kiedy Kirył wraz z kolegą odwiedzają znanego fantastę, który mówi, jak podobny temat – utratę tożsamości – opisałby każdy z nich. Np. Diaczenkowie:

– Gdybym był małżeństwem Inoczeko […] to podobne rzeczy działyby się z ludźmi regularnie, wszyscy by na nie czekali i przygotowywali się do nich. Ale najprawdopodobniej wtedy byłby pan dziewczynką albo młodą dziewczyną. Wszystko skończyłoby się smutno, ale optymistycznie.

(osobiście nie czytałem Diaczenków, ale kojarzy mi się to z ich książką ARMAGED-DOM). Zresztą mógłbym wymienić wiele innych scenek.

Podsumowując – niezły humor, wartka akcja, sporo zaskoczeń, dobry warsztat pisarski Łukjanienki… Może nie jest to mistrzostwo świata, ale i tak polecam. Należy dodać, że „Brudnopis” jest pierwszym tomem serii. Na dziś wygląda to na dylogię, ale nie mam pojęcia, czy Siergiej Łukjanienko nie planuje napisania kolejnego tomu. Część druga nazywa się „Czystopis”.

Moja ocenia: 4+/6

 
Joseph Heller - Paragraf 22
 Postanowiłem przeczytać wreszcie to podobno wiekopomne dzieło i faktycznie to zrobiłem. I muszę przyznać, że „Paragraf 22” poruszył mnie do głębi.

Książka opowiada o losach amerykańskiego wojskowego, bombardiera, kapitana Johna Yossariana i jego towarzyszy z eskadry lotnictwa bojowego. Pan ów odczuwał usilną potrzebę przeżycia wojny – taki dziwak… I rzeczywiście można by w pierwszej chwili pomyśleć, że Yossarian, to wariat. Bo kto o zdrowych zmysłach staje do apelu, na którym ma otrzymać medal za odwagę, w stroju Adama? Albo, cenzurując w szpotalu listy szeregowców i podoficerów wykreślał, w zależności od nastroju, spójniki czy pozdrowienia? Tak bardzo jest Yossarian zauważany jako kpiarz, że jego przyjaciele przestali wierzyc w jego przerażenie ściskające go za gardło w czasie, gdy jego życie zależy wyłącznie od sprawności pilota samolotu, którym leci i niesprawności obsługi naziemnej baterii przeciwlotniczej! Jednak pod tą maską clowna kryje się człowiek bojący się o swoje życie, tracący z dnia na dzień w kolejnych akcjach bojowych coraz to nowych przyjaciół… Yossarian postanawia za wszelką cenę wydostać się z tego cyrku działań wojennych i zostać odesłany do kraju. I tu natrafia na, opisany mu przez wojskowego lekarza, paragraf 22.

Więcej o tym paragrafie dowiesz się po kliknięciu.